Tajemniczy lotos z wawelskiego wzgórza

Lotos to nie tylko przepiękny kwiat, w hinduizmie i buddyzmie to święta roślina, czczona również w starożytnym Egipcie. Jest symbolem trójjedni życia, jako łącznik między duchem i materią. Lotosami również określa się czakramy, czyli wirujące skupiska subtelnej energii. Znajdują się one w naszych ciałach oraz na powierzchni kuli ziemskiej. Najczęściej układają się w 7-częściowe sekwencje, gdzie każdemu z czakramów podporządkowana jest określona kolorystyka oraz właściwości energetyczne. Do najczęściej wymienianych głównych czakramów Ziemi należą: czakra podstawy – Uluru (Australia); sakralna – Jezioro Titicaca (Peru); czakra splotu słonecznego – góra Fuji  (Japonia); serca – Maui (Hawaje); gardła – Glastonbury (Anglia);  trzeciego oka- Góra Kajlas (Tybet);  korony – Mount Shasta (Kalifornia). Przebywając w obrębie czakramu można połączyć się głęboko z duchowym aspektem siebie oraz naszej planety, odnowić  siły witalne. Medytując na terenie czakramu dotykamy  tajemnicy, która łączy to co boskie, z tym co ludzkie. W takich miejscach nasze myśli nabierają siły sprawczej, wzrasta siła kreacji, być może dlatego w ich obrębie tworzą się miejsca kultu, budowane są świątynie, by nasze spełniające się modlitwy i mistyczne przeżycia utwierdzały nas w wierze.  A może przeświadczenie o mocy czakramów to jedynie kolejny program zbiorowej świadomości, może to jeszcze jeden element iluzji? Cóż, najlepiej medytować na dany temat u źródła. Dziś garść osobistych refleksji dotyczących Czakramu Wawelskiego.

Czym jest życie wieczne? Jak pogodzić teorię wielu wcieleń z Chrystusową koncepcją życia wiecznego

Być może Cię zaskoczę, ale w tym artykule na temat reinkarnacji, nie zamierzam udowadniać jej istnienia, ani przekonywać o prawdziwości tej teorii. Jeśli  nie uznajesz współczesnych dowodów w postaci zeznań o innych wcieleniach ludzi poddanych hipnozie czy tych, którzy głęboko medytują; jeśli uważasz osoby, które twierdzą, że mogą zobaczyć wędrówkę Twojej Duszy za oszustów; a za fantazję liczne przypadki dzieci, które opowiadają, że były kimś innym, które potrafią wskazać dawny dom, opowiedzieć o najdrobniejszych jego szczegółach, a nawet ukrytych schowkach, które potrafią określić okoliczności własnej śmierci, a nawet wskazać zabójcę (jeśli taki istniał)  – to ja nie zmienię Twoich przekonań, co nie oznacza, że ten artykuł nie będzie dla Ciebie interesujący. Jestem bowiem przekonana, że wszelkie nauki (w swej czystej postaci) głoszone przez mistrzów, na podstawie których ludzie założyli największe religie, mówią o JEDNEJ PRAWDZIE. Jednak ich interpretacje, modyfikacje i współczesne nadbudowy zostały wykorzystane, by wywoływać konflikty natury religijnej. A te z kolei służą interesom prywatnych jednostek. Mam nadzieję, że tak jak ja, nie zamierzasz ich zasilać oraz żyć pod dyktando cudzych projekcji, w tym celu warto badać i poznawać  różne sposoby widzenia świata, by poszerzać własną percepcję i budować rozbudowany obraz rzeczywistości.  Ponieważ urodziłam się i wychowałam w środowisku, w którym reinkarnacja nie należy do popularnych teorii, ucieszyła mnie możliwość wysłuchania wykładu, który 4 marca w Auditorium Maximum UJ miał wygłosić światowej sławy autorytet w tej dziedzinie – Balakhilya dashttps://www.mantra.pl/wiedza/reinkarnacja/transmigracja-duszy-wyklad-balakhilya-das ). Nauczyciel jogi i medytacji poruszył bardzo ważną kwestię związaną z reinkarnacją, otóż uświadomił mi, że większość ludzi nadal kojarzy ją jedynie z wędrówką jaźni, podczas gdy głównym jej aspektem jest koło reinkarnacji oraz umiejętność jego przerwania. Koło reinkarnacji to rodzaj więzienia dla naszej jaźni (Duszy), poruszamy się w nim za sprawą trzech głównych czynników: materialnych pragnień, materialnych przywiązań i karmy.

Wybaczenie – kwestia woli, czy konieczność? O wybaczaniu w nowej rzeczywistości

Jest kilka programów telewizyjnych, które moim zdaniem warto obejrzeć. Jednym z nich jest seria reportaży Przemka Kossakowskiego: Kossakowski. Szósty zmysł, czy najnowsze odcinki z serii Kossakowski. Wtajemniczenie, w których wraz z Przemkiem poznajemy okruchy rzeczywistości uzdrowicieli, jasnowidzów i szamanów pochodzących z różnych zakątków świata. Mimo, iż większość z nich wzbudza moje rozbawienie, to bywają odcinki, w których dzieją się rzeczy wykraczające poza zwykłą świadomość. Takim jest z pewnością ten kręcony w Timbiquí w Kolumbii, gdzie Przemek uzdrawiał swoją Duszę w rytuale polegającym między innymi na czterodniowym odosobnieniu w dżungli, zmierzył się wtedy ze swoimi lękami, a jego płacz po powrocie wyraził to, czego nie oddałyby żadne słowa wypowiedziane do kamery. Czas spędzony na poście, odosobnieniu, wyrzeczeniach to ważny element wielu religii czy kultur, bowiem tylko kontemplacja własnego wnętrza, poznanie i rozmowa z Wyższym Ja, prowadzi do procesu uwolnienia umysłu i ciała fizycznego oraz zjednoczenia wszystkich naszych świadomości, jest to proces niezbędny dla zachowania równowagi i zdrowia. Ale nie są do tego potrzebne rytuały w egzotycznych krajach (choć na pewno wzbogacają doświadczenie), wystarczy medytacja, zwana czasem modlitwą (mimo, że dociekliwy teoretyk zwróciłby pewnie uwagę, iż nie są to tożsame pojęcia). Tylko w ciszy, skupieniu, koncentrując świadomość na własnym wnętrzu, można dokonać niezwykle ważnego czynu, jakim jest wybaczenie. Prawdziwe i szczere wybaczenie jest jedną z podstawowych i najczęściej spotykanych lekcji w naszej rzeczywistości, mimo to nadal niewielu z nas ją rozumie. Uświadomiła mi to przebyta niedawno rozmowa z pewną rozwódką. Otóż kilkadziesiąt lat temu, gdy była młodą mamą dwójki dzieci, została porzucona przez własnego męża, który zostawił ją i dzieci dla innej kobiety. Po usilnych staraniach wymusił na niej zgodę na rozwód, by powtórnie się ożenić. Obydwoje wyznają religię katolicką, więc to doświadczenie wiązało się z wykluczeniem jego oraz jego nowej partnerki z pełnego udziału we Mszy Św., a dla niej oznaczało kilkadziesiąt lat w samotności, gdyż o unieważnieniu małżeństwa nie było mowy. Nasza rozmowa w pewnym momencie dotknęła tematu rzekomych reform, które miałyby umożliwić osobom rozwiedzionym, a które trwają w nowych związkach, przystępowanie do Sakramentu Komunii Świętej, co uważam za rozwiązanie problemu setek tysięcy katolików na całym świecie. Ona jednak wyraziła całkowitą dezaprobatę tego pomysłu, argumentując swoją postawę słowami: musi być jakaś kara za to, co zrobił. No tak, on przecież prowadzi dostatnie życie w zdrowiu i szczęściu, ma kochającą partnerkę, zdrowe dzieci i wnuki, a przecież kiedyś zostawił rodzinę, w jej świadomości musi być ukarany, a jeśli ona, Kościół czy państwo nie są w stanie tego zrobić, to wyręczy ich sam Bóg. Pomyślałam sobie wtedy jedynie: tyle lat, a ona nadal mu nie wybaczyła, mimo, że powtarza słowo „wybaczam” codziennie w swoich modlitwach. Idea, w której za błędy, które popełniamy w skończonej rzeczywistości  (często, gdy nie jesteśmy w pełni świadomi konsekwencji własnych działań, dodatkowo bez możliwości powtarzania lekcji), grożą nam kary w wymiarze wiecznym, jest dla mnie logiczną niespójnością. Dziś jednak o sztuce wybaczania. Myślę, że to dobry temat na wpis i dyskusję, gdyż współcześnie wybaczenie nadal bywa utożsamiane jedynie z zapomnieniem, podczas, gdy jest to uwolnienie drugiej osoby od  swoich projekcji (najczęściej zawiści, żalu, urazy), co oczywiście nie oznacza zwolnienia z kary w wymiarze ziemskim, jeśli takiej dany czyn podlega.  A nadzieja kobiety z przytoczonej wyżej rozmowy na karę dla byłego męża ze strony Boga, świadczy dla mnie o chowanej w głębi serca urazie i żalu. Myślę, że z ziemskiej perspektywy nie jesteśmy w stanie pojąć sposobu widzenia Stwórcy, bywa że najgorsi oprawcy po drugiej stronie okazują się nauczycielami. Czy dla tamtego mężczyzny byłoby lepiej latami trwać w nieszczęśliwym małżeństwie, tego nie wiem, ale uważam, że każdy zasługuje na szczęście, a droga do jego osiągnięcia nie zawsze jest prosta. Kto wie, może gdyby tamta kobieta miała możliwość odnalezienia miłości ponownie, łatwiej byłoby jej się uwolnić od żalu do męża i poczucia bycia ofiarą. Czasem zastanawiam się, dlaczego Kościół wymaga podejmowania jedynej słusznej decyzji na całe życie, no cóż, być może i w tej kwestii kiedyś przyjdzie do mnie zrozumienie. Chowane w podświadomości urazy i żale, poczucie niesprawiedliwości życia, często manifestują się (nawet dopiero po wielu latach) w postaci wszelkich chorób, bólów;  blokują przed kreowaniem rzeczywistości, sprawiają, że ciągle wracamy do tego samego punktu, poruszając się w błędnym kole ofiary. Jak zatem wybaczać, by z niego wyjść?

Iluzja wokół mnie – co muszę wiedzieć, by przestać się nią karmić?

Opowiem Wam bajkę, chociaż kto wie, może to nie będzie bajka. Tę opowieść stworzyły tysiące historii ludzi z całego świata, różnych wyznań, profesji, o różnym statusie społecznym, które zostały wydobyte z nieświadomości podczas tysięcy sesji hipnotycznych w latach 2004-2013. Dla jednych stanowią wymazane ze świadomości wspomnienia, dla innych to jedynie zaburzenia natury psychicznej, nie ulega jednak wątpliwości, że zeznania dotyczące porwań przez obcych wzbudzają spore kontrowersje. I mało kto wie, że zawierają w sobie o wiele więcej zadziwiających szczegółów, niż można sobie wyobrazić. Seria filmów Zalwita (czyt. Calwita) zatytułowana Procedury Pokładowe w sposób nieoczywisty, ciekawy, a przede wszystkim zabawny przybliża to zjawisko (linki znajdziecie pod tekstem). Głównymi bohaterami owych opowieści, oprócz ludzi, są hubrydy. Hubryda to istota rodzaju męskiego lub żeńskiego o najwyższym stopniu hybrydyzacji z gatunkiem ludzkim, są praktycznie nie do odróżnienia. Przeciętna hubryda ma od 168 do 175 centymetrów wzrostu, wygląda na od 18 do 23 lat, może mieć białą skórę, gdyż niektóre z nich nigdy nie zostały wystawione na działanie promieni słonecznych. Są częścią Wielkiego Planu obcych, który ma za zadanie zasymilować ich z naszym społeczeństwem, tak byśmy niczego nie zauważyli. W tym celu ludzie są zabierani na statki kosmiczne, bądź kilkuosobowe grupy hubrydów i hubrydek wraz z owadzimi opiekunami odwiedzają domy i mieszkania, by przyjrzeć się normalnemu życiu. Ludzie, którzy przypomnieli sobie w procesie hipnozy takie wizyty, porównują hubrydy do lekko upośledzonych dzieci, którym trzeba wytłumaczyć jak obiera się pomarańczę, po co w domu lodówka czy piekarnik, co takiego kryje się w konserwie i do czego ona może służyć. Bywa, że obcy miesiącami odwiedzają daną osobę zasypując ją niezliczonymi pytaniami (ustnie bądź telepatycznie) o „reguły”: reguły gotowania zupy, jedzenia hamburgera czy używania mikrofalówki, czasem proszą o konsultację i aprobatę stylizacji, a nawet nadzorowanie zadań w terenie, takich jak jazda autobusem i zakup biletu u kierowcy. Być może zastanawiacie się, jak bardzo stresująca dla gospodarza może być tego typu wizyta, otóż obcy w jakiś sposób niwelują strach, ludzie często zachowują się jakby po życiową radę wpadła ciotka, a nie delegacja obcych z kosmosu. Zdarzyło się, że jedna z pań wręcz wyprosiła zdezorientowanych hubrydów z domu, gdyż akurat spieszyła się do pracy (i fakt, ciężko byłoby w tym przypadku o wiarygodną przyczynę spóźnienia). W zamian poleciła im oglądanie telewizji. Wówczas usłyszała w głowie, że z ich punktu widzenia oglądanie telewizji jedynie szkodzi, odciąga od pracy nad samym sobą, zajmując ludzi problemami, które nie mają sensu, a już na pewno nie można się z niej niczego o ludziach nauczyć. I właśnie ten zabawny epizod stał się dla mnie inspiracją dla dzisiejszych rozważań na temat iluzji rzeczywistości, którą w dużej mierze tworzą współczesne media. Dziś zaglądniemy do świata oszustw.

Wąż, szaman i stara piramida (o książce, która zmieniła moje życie)

Zdjęcie: http://canal44.com/2018/03/turista-ignora-el-reglamento-y-sube-a-piramide-de-chichen-itza/

Są znaki, które zostały umieszczone blisko nas, które wciąż czekają, aż otworzą się nasze oczy i zaczniemy prawdziwie widzieć. Są znaki, które zostawiamy sobie sami, jeszcze na etapie planowania życiowej drogi, czasu i miejsca wcielenia w ludzkie ciało. I właśnie jeden z takich znaków zaprowadził mnie do pewnej bardzo istotnej dla mnie książki. To był kolejny dzień, podobny do pozostałych, nic nie zapowiadało przełomu. Jednak, gdy wieczorem zmywałam makijaż, nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam w lustrze. Trzy zmiany barwnikowe na mojej prawej stronie twarzy (jedna w kąciku ust, druga na środku policzka i trzecia poniżej oka) zaczęły przypominać mi dokładne odwzorowanie gwiazd z układu Pasa Oriona. Nie mogłam zrozumieć dlaczego zauważyłam to dopiero teraz, oraz dlaczego tak bardzo mnie to poruszyło. Zapytałam Duszy, co to znaczy, i czy czegoś sobie nie wyobrażam na siłę.

Tak, to mapa Pasa Oriona – usłyszałam, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Jak to mapa? Do czego ma służyć? – zapytałam.

W ludzkim ciele na Ziemi wcielasz się od około dwóch i pół tysiąca lat, ale istniejesz już według ziemskiej rachuby czasu miliony milionów lat. Pochodzisz z okolic jednej z gwiazd na Pasie Oriona i jest to ważna dla Ciebie informacja, którą musisz sobie przypomnieć w tym życiu. Dlatego jego mapa została umieszczona na Twoim prawym policzku.

Nie było lepszych miejsc? – odparłam lekko zirytowana, gdyż (jak chyba większość kobiet) marzyłam o nieskazitelnej cerze. –Kto wpadł na taki „genialny” pomysł?

Ty sama. Przy wyborze tego ciała, umieściłaś na nim dla siebie wskazówkę, wybrałaś twarz, bo znając siebie, wiedziałaś, że to jedyne miejsce, dostatecznie ważne, by kiedyś zwrócić Twoją uwagę (fakt, że zauważyłam znak dopiero w wieku trzydziestu kilku lat może świadczyć, że trochę racji w tym było). Cała historia jednak była dla mnie niewiarygodna, zaczęłam się zastanawiać, czy tak wygląda moment, w którym się wariuje.

Duszo, nie obraź się, ale kompletnie w to nie wierzę. Potrzebuję dowodu, najlepiej materialnego – odparłam.

Być może trudno dostrzec to przez kontekst moich wpisów i opowiadanych w nich historii, ale raczej należę do osób sceptycznych. Szybko zapomniałam o słowach Duszy, aż do momentu, gdy na jednym z warsztatów medytacyjnych trafiłam na stolik z książkami. Gdy mój wzrok przyciągnęła jedna z nich, usłyszałam: to jest Twój dowód, przeczytaj tę książkę. Przeczytałam ponad 300 stron w dwa dni, zafascynowana historią człowieka, który twierdził, że pochodzi z innej galaktyki. W naszej pojawił się po raz pierwszy przy środkowej gwieździe Pasa Oriona, potem podróżował  przez Plejady, Syriusza, Wenus, aż pojawił się na Ziemi w 1840 roku, a w 1850 narodził się w ludzkim ciele. Ten człowiek to Drunvalo Melchizedek, a jego obecne życie to jego drugie wcielenie. Mieszka z żoną Claudette w Arizonie (Sedona, USA), ma 6 wnucząt. Od kilkudziesięciu lat przekazuje światu swoją wiedzę. W 2011 roku założył Szkołę Przywracania Wspomnień (The School of Remembering®) oraz zaczął szkolić licencjonowanych trenerów upoważnionych do prowadzenia jego warsztatu Przebudzenie Oświeconego Serca (Awakening The Illuminated Heart®). Napisał 5 książek: Pradawną Tajemnicę  Kwiatu Życia (dwa tomy), Życie w Przestrzeni Serca, Świetlistego Węża oraz Węża Nieskończoności. I gdybym nie przeczytała jego książek, a zwłaszcza tej pod tytułem Świetlisty Wąż, i gdybym nie poznała osobiście osoby, która towarzyszyła Drunvalo w opisywanych przez niego w drugiej części tej książki wyprawach po świętych miejscach rdzennych plemion w Ameryce Północnej, Środkowej i Południowej, być może, tak jak Ty, pomyślałabym, że wyobraźnia ludzka nie zna granic, a ludzie są w stanie napisać wszystko, byle zwrócić na siebie uwagę lub zarobić. Jednak czytając jego słowa,  w głębi serca wiedziałam, że są prawdziwe. Zmieniły one moje spojrzenie na rzeczywistość i uświadomiły jak wiele rozgrywa się na Ziemi wydarzeń, o których nie dowiemy się z telewizji. Ale przede wszystkim Świetlisty Wąż uświadomił mi to, jak mało wiemy o własnej Duszy, jej pochodzeniu i o naszych możliwościach, o których czasem, aż do końca życia nie mamy okazji się dowiedzieć.

Pozbądź się tych 3 przeszkód i zacznij kreować własną rzeczywistość

Jest takie stare chińskie przekleństwo: Oby spełniły się Twoje wszystkie marzenia. Być może zastanawiasz się, dlaczego z pozoru miłe słowa miałyby doprowadzić kogoś do zguby? No cóż, choć naturalnym dla człowieka stanem jest przebywanie w radości, szczęściu i zdrowiu (dostaliśmy w tym celu stałe połączenie z Energią Stwórcy poprzez Wyższe Ja), zaczęliśmy komplikować sobie rzeczywistość dokonując wyborów z poziomu Ego (czyli rozumu, kalkulacji, osądzania, które zostało nam dane, gdyż Ziemia została zaplanowana jako planeta wolnego wyboru), bo właśnie dzięki Ego MOŻEMY tych wyborów dokonywać. Z czasem ludzie zaczęli zapominać o niegasnącym połączeniu ze Źródłem-Duszy, niektórzy zaczęli nawet kwestionować jej istnienie. Ego zaczęło przekonywać nas, że jest jedyne i najważniejsze, a my również zaczęliśmy uważać, że jesteśmy jedyni i najważniejsi. Moment, gdy ludzkość w to uwierzyła, zaczął być momentem, w którym staliśmy się bardzo samotni i nieszczęśliwi, zostaliśmy wygnani z Raju. Odrzuciliśmy miłość i wsparcie Wszechświata i Matki Ziemi, w zamian ludzie zaczęli się karmić władzą, pieniędzmi, popularnością – iluzją Ego. Odcięliśmy się od życiodajnej energii, jednak zapotrzebowanie na nią w nas pozostało, zaczęliśmy więc ją wzajemnie od siebie wykradać. Zaczął się czas wojen, przemocy, gwałtów, czas w którym straciliśmy umiejętność kreacji rzeczywistości, staliśmy się więźniami narzuconych przez Ego zasad, a Ziemia stała się planetą panów i niewolników, wybranych i pokornych owieczek.  Wybory podejmowane jedynie przez pryzmat ludzkiego Ego prowadzą do jednego, DO AUTODESTRUKCJI. Trafnie ujmuje to mit o królu Midasie, ale nie trzeba cofać się do czasów starożytnej Grecji, wystarczy obejrzeć wiadomości (dla własnego zdrowia – jeden raz). Niszczymy naszą planetę, zabijamy siebie, zwierzęta, świadomie i podświadomie wpędzamy swoje ciała w choroby, rozbijamy rodziny, nienawidzimy i zazdrościmy – a źródłem wszystkiego jest strach, bo Ego może zapewnić iluzję radości i szczęścia, jednak w podświadomości nadal pozostanie strach przed tym, że zabraknie dla nas MIŁOŚCI, której źródłem jest jedność ze Stwórcą. A my gdzieś po drodze zgubiliśmy z Nim kontakt, ZASNĘLIŚMY. Wszystko zmierzało do tragicznego i spektakularnego końca, jednak stało się coś, czego wielu się nie spodziewało. ZACZĘLIŚMY SIĘ BUDZIĆ. Zaczęliśmy rozmawiać z Wszechświatem, z Duszą, przestajemy kalkulować, oceniać, wywyższać się – zaczynamy KOCHAĆ, lecz nie miłością egoistyczną, a tą powstałą w wyniku JEDNOŚCI z planetą, kosmosem, z każdą zamieszkującą je istotą. Taka miłość jest kluczem do kreacji rzeczywistości. Dlatego dziś o tym jak ja to robię, oraz dlaczego niektórym jeszcze to nie wychodzi.

Gdy usłyszałam głos Duszy po raz pierwszy… Czyli o tym, jak zaczęła się wielka przemiana

To miał być wpis o piramidach. Już miesiąc temu przygotowałam w tym celu piękną ilustrację i gdy zabierałam się do pisania, odezwała się Dusza:

-Ale co Ty chcesz odkrywczego napisać o piramidach? Przecież jak byłaś w Egipcie, tak imprezowałaś, że nawet nie chciało ci się wstać o piątej rano, by je zobaczyć?

-No w sumie…– pomyślałam z uśmiechem.

-Napisz lepiej o tym, co znasz dobrze. Napisz o tym, jak zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać.

-Serio? Ale będę znowu ryczeć…

– I dobrze, łzy oczyszczają.

Lot na TJehoobę: Ciało Astralne i Aura z perspektywy jej mieszkańców

Nie ufamy nikomu i niczemu.

Wątpimy we wszystko.

 

Za wyjątkiem jednego:

naszej własnej ignorancji.

 

Każda z cywilizacji ma do wyboru dwie drogi rozwoju, może ewoluować w stronę odkryć i wynalazków w polu materii, coraz szybszych komputerów, sztucznej inteligencji, ale może też rozwijać się duchowo, odkrywać potęgę myśli, żyć w harmonii i współistnieniu z naturalnym środowiskiem i planetą, na której zamieszkuje. Każda cywilizacja ma wybór. Do czego prowadzi pierwsza z dróg? Ciekawe spostrzeżenia w tym zakresie są zawarte w najnowszej powieści Dana Browna Początek, o której będę jeszcze pisać w innym czasie. A jak będzie wyglądało życie na Ziemi za milion lat, gdy postawimy na siłę własnego ducha i naturę? Cóż, o tym mógłby wiele opowiedzieć Michael Desmarquet , hodowca warzyw z Francji australijskiego pochodzenia, który, jak sam twierdzi, odbył międzygwiezdną podróż na planetę TJehooba, gdzie mieszkają ludzie w najwyższym możliwym dla nas stadium ewolucji. Sprawozdanie z tamtych wydarzeń spisał w książce, która w Polsce ukazała się pod tytułem Misja. Książka została opublikowana po raz pierwszy po angielsku  w 1993 roku, wielokrotnie wznawiana oraz przetłumaczona na różne języki.  Jej ambasadorem w Polsce jest dr Tomasz Chałko, który w wieku 27 lat obronił Doktorat Nauk Technicznych w dziedzinie holografii laserowej, a następnie przez trzy lata pracował jako adiunkt w Politechnice Łódzkiej. W 1982 roku zorganizował laboratorium holograficzne na Uniwersytecie w Melbourne w Australii, gdzie został wykładowcą. Zastanawiacie się pewnie dlaczego szanowany naukowiec propaguje dzieło osoby, której opowieści zasługują na miano czystego szaleństwa? Ha. Zadałam sobie to samo pytanie, jakimś trafem książka stała się ważną pozycją w biblioteczce wielu ludzi, postanowiłam sprawdzić dlaczego. Sam dr Tomasz Chałko wypowiada się o niej w następujący sposób:

Książka ta jest lekcją Wolnej Woli, godności Człowieka, lekcją o naszej Nieśmiertelnej Świadomości, lekcją miłości i odpowiedzialności, lekcją szacunku i respektu dla Natury i jej Prawa – Uniwersalnego Prawa Wszechświata. Prawa, które obowiązuje nie tylko w materialnej rzeczywistości, ale także w dziedzinie Świadomości, inteligencji i wymiany informacji we Wszechświecie. Prawa Stwórcy Wszechświata.

I tak pochłaniając kolejne strony jak Pchła Szachrajka krem z rurek, dałam się uwieść historii o początkach ludzkości, tajemniczych cywilizacjach  zamieszkujących Atlantydę, kontynent Mu,  starożytny Egipt. Przytaknęłam głową nad przemyśleniami na temat  teraźniejszości, zagrożeń wynikających ze współczesnej cywilizacji ( na przykład druzgocącego nasze ciała hałasu czy skażenia środowiska naturalnego). Z ciekawością zagłębiłam się w opowieść o ludzkiej cywilizacji z odległej planety, o tym, w jaki sposób mieszkają, podróżują, co jedzą, jak wygląda u nich życie w społeczeństwie.  A wszystko opowiedziane z niezwykłą dokładnością, zachowaniem logiki i  precyzją , która zasługuje na uwagę. Zadziwiający jest fakt, że prosty rolnik z Francji pisał ponad 20 lat temu o zagadnieniach, nad którymi głowią się współcześni naukowcy, między innymi o tym, czym jest świat równoległy lub napęd anty-grawitacyjny. Ziemia nazywana jest przez mieszkańców TJehooby „Planetą Smutku”, ma zapewnić specyficzne warunki do nauki, dlatego życie na niej jest trudne.

 Istnieje dziewięć kategorii planet, planetę Ziemia można porównać do przedszkola, w którym kładzie się nacisk na naukę podstawowych wartości społecznych. Planeta drugiej kategorii będzie zatem odpowiadać szkole podstawowej, gdzie kształci się więcej wartości – w obydwu szkołach konieczna jest opieka dorosłych. Trzecia kategoria obejmowałaby szkołę średnią, gdzie podwaliny wartości umożliwiają dalszą eksplorację. Dalej idziesz na uniwersytet, gdzie jesteś traktowany jak dorosły, ponieważ zyskałeś nie tylko pewną ilość wiedzy, ale zaczynasz przyjmować na siebie odpowiedzialność  obywatelską.

Na planetach wyższych kategorii Natura sama przychodzi z pomocą, ciała fizyczne i astralne są bardziej rozwinięte, a ludzie znacznie wyżsi. I choć życie na TJehoobie wydawałoby się dla nas rajem, to nic w porównaniu z tym, gdy stajemy się czystym duchem . Bowiem mieszkańcy planety dziewiątej kategorii mają wybór, czy żyć na planecie, czy zjednoczyć się z Wielkim Duchem w eterze. Nie jest możliwe, abym streściła Wam w tym krótkim wpisie całą książkę. Postanowiłam skupić się na przedstawionych w niej wiadomościach z zakresu wiedzy na temat Ciała Astralnego i Aury.

Te trzy słowa kształtują nowe oblicze Ziemi

Parę dni temu oglądałam wywiad z redaktorką tygodnika katolickiego Niedziela, w którym opowiadała o swojej dawnej fascynacji ezoteryką i praktykami medytacyjnymi. Stwierdziła, że doprowadziły ją one na skraj załamania nerwowego, a z przybierających na sile napadów lęku uratowała ją modlitwa i powrót do religii katolickiej. Jako dziecko wychowane na żarliwego katolika, często miałam okazję przysłuchiwać się podobnym świadectwom. Wynikało z nich, że najpowszechniejszymi przyczynami traum i tragedii jest uprawianie jogi, a następnie medytacja, posługiwanie się wahadełkiem i innymi narzędziami związanymi z ezoteryką, miałam wrażenie, że wystarczy zacząć myśleć o zgłębianiu wiedzy o czakrach i energetyce, a nieszczęście gotowe. Obecnie, gdy słyszę tego typu zwierzenia, zastanawiam się nad przyczynami tego, że dla milionów osób (w tym dla mnie) uprawiana latami joga czy medytacja przynoszą zbawienne rezultaty, a jednak zdarzają się przypadki, w których tak nie jest. Gdy zapytałam swoją Duszę, dlaczego niektórzy otwierając się na przepływ energii poznają jedynie jej ciemną stronę? Dlaczego przyciągają istoty, które pragną ich skrzywdzić czy wykorzystać? Dostałam odpowiedź:

Oni spotkali ciemność swoich własnych serc.

Długo rozmyślałam nad tym stwierdzeniem, bo przecież nikt z tych ludzi nie zamierzał działać na rzecz mrocznych sił, zapewne tak jak mną, kierowała nimi ciekawość, poszukiwanie prawdy, chęć poprawienia jakości własnego życia, czy pozbycia się różnego rodzaju problemów. Różnica polegała jednak na tym, że oni głęboko w sercach kryli negatywne wibracje, których istnienia czasem nawet nie byli świadomi: żal za niesprawiedliwość świata czy krzywdy doznane od innych, chciwość, żądzę władzy, potrzebę doceniania i poczucia bycia ważniejszym, strach przed tym, co może ich spotkać po drugiej stronie, zazdrość związaną z potencjałami i przeżyciami innych. A negatywne wibracje, nawet te skrywane w podświadomości, w wyższych wymiarach świecą niczym znicz olimpijski, przyciągając istoty wibrujące w podobnej częstotliwości. Nic dziwnego, że po pewnym czasie zaczęli odczuwać pogorszenie nastroju, osłabienie, a nawet ataki energetyczne. Będąc  w wysokich wibracjach jesteśmy dla bytów z tych niższych niewidzialni, to tak jak my nie widzimy zmarłych czy aniołów, nawet jeśli są tuż obok. Dlatego niezwykle ważne są czyste intencje oraz pogłębiona praca nad własnym duchowym wnętrzem.  Niestety, często zdarza się, że ludzie upatrują źródła własnych niepowodzeń w naturze świata, w innych, wszędzie, byle NIE W SOBIE. A w razie konfrontacji z przeszkodami szukają RODZICA, który przytuli, otrze łzy, pokieruje życiem, powie co jest dobre, a co złe, przejmie odpowiedzialność, a nawet rozgrzeszy, jeśli nabroimy. Oczywiście nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że malutkie dziecko kiedyś dorośnie i nauczy się odpowiedzialności.  I tak dostaliśmy blisko dwa tysiące lat na bycie dziećmi, dorastanie, aż przyszły tak zwane czasy ostateczne, czasy ostatecznych wyborów i przejęcia odpowiedzialności za otaczającą nas rzeczywistość. Ludzi, którzy to dostrzegli nazywa się obudzonymi, a czym dokładniej jest nowa rzeczywistość? O tym w dzisiejszym wpisie.

Proste ćwiczenie, które uwalnia z pułapki osądzania

Mamusiu, a co jest gorsze od śmierci? – zapytała mnie 6-letnia Alicja, gdy odkładała zabawki na półkę po skończonej zabawie. Ponieważ rozmowy o tematyce metafizycznej postanowiłam odłożyć na czas, gdy Ala zacznie chodzić do szkoły (obecnie ograniczają się do wieczornej modlitwy), tego typu pytania sprawiają, że na parę sekund z zaskoczenia zastygam w bezruchu. Do niedawna wydawało mi się, że o filozofii będę rozmawiać z nastolatką, tymczasem, gdy Ala w wieku pięciu lat zadała mi pytanie: Mamusiu, a czy można kłamać dla dobra społeczeństwa?, zorientowałam się, że „łatwo” w tym przypadku nie będzie. I tak przywykłam do tego, że Alicja w tak zwanym „międzyczasie” lubi rzucić kwestią o charakterze profetycznym: Mamusiu, a czy ty wiesz, że pójdziesz do nieba? , lub zaskoczyć przemyśleniami: Mamusiu, chciałabym zasypiać przy tobie już zawsze, no chyba, że umrzesz, wtedy będę zasypiać sama. I to właśnie śmierci dotyczyło kolejne pytanie z serii: JAK WYJAŚNIĆ TO SZEŚCIOLATCE. Tak na marginesie dodam jedynie, że jeśli nie mieliście okazji porozmawiać na ten temat z dzieckiem, interesującym pretekstem do takiej rozmowy może być bajka Coco, w której dwunastoletni Miguel poznaje tajemnicę rodzinnej legendy. W niezwykle zabawny sposób (zwłaszcza dla dorosłych) poruszona została w niej kwestia pamięci o zmarłych, a to wszystko na tle barwnej kultury i sztuki meksykańskiej. Ale wróćmy do pytania Alicji.

Myślę, że gorszy od śmierci jest jedynie jej brak. – wypaliłam. Nic dziwnego, że Ala uniosła brwi z zaskoczenia. No tak, nie wzięłam pod uwagę tego, że Alicja nie studiowała w ostatnim czasie książek z zakresu duchowości, w których poruszana była błędna interpretacja pojęcia życia wiecznego, które potocznie oznacza spędzenie wieczności w jednym ciele, a co dla istoty rozwiniętej duchowo oznaczyłoby jedynie brak rozwoju równoznaczny z wiecznym więzieniem. W związku z czym poprawiłam się szybko:

– Uważam, że gorsze od śmierci jest życie w kłamstwie. Dlatego skarbie nie warto kłamać, bo gdy to robisz, nie oszukujesz rodziców, babci, czy znajomych, a samą siebie.

Zastanawiacie się być może, co osądzanie ma wspólnego z kłamstwem? Otóż uważam, że osądzanie jest rodzajem kłamstwa, jednym z groźniejszych, bo takim, które powstaje w sposób nieświadomy i na globalną skalę. Nasz ludzki sposób postrzegania rzeczywistości jest ułomny, osądzając drugiego człowieka, nie jesteśmy w stanie uwzględnić jego programów podświadomości, karmy, nie mamy wglądu w jego umowę Duszy sprzed wcielenia, dlatego proces osądzania odbywa się jedynie na podstawie części faktów dostępnych zmysłom, w związku z czym nie może być obiektywny i prawdziwy ( oczywiście mam na myśli duchową prawdę). Osądzając innych tworzymy fałszywy obraz rzeczywistości, natury świata, co w negatywny sposób wpływa na nasz naturalny proces rozwoju duchowego oraz stan emocjonalny osoby fałszywie osądzonej. Myślę, że to miał na myśli Jezus, gdy przestrzegał: Nie sądź, a nie będziesz sądzony. Z drugiej strony słowa te stały się podstawą dla teorii powszechnej tolerancji, w której nakłania się ludzi do zaniechania logicznej oceny na rzecz akceptacji KAŻDEJ odmienności, nawet takiej, która godzi w nasz komfort życiowy, czy bezpieczeństwo. Gdzie zatem ukryty jest zdrowy balans pomiędzy osądzaniem, a jego brakiem? Jak zaniechać osądzania innych, zachowując jednak zdrowy rozsądek? Podzielę się dziś z Wami, prostym ćwiczeniem, które wymyśliłam, by rozwiązać ten problem.